Erasmus+ w Bari, Włochy

Erasmus marzył mi się już praktycznie od pierwszego roku studiów. Na drugim roku wzięłam udział w praktykach zagranicznych w Neapolu, i mimo że wyjazd bardzo mi się podobał, to nadal nie było to i wciąż miałam w głowie taką „prawdziwą”, semestralną wymianę. Jako że już od pierwszego roku studiów uczyłam się włoskiego, a na drugim nauka nabrała rozpędu, wybór znowu padł na Włochy, tym razem Bari.

Wybór docelowego miasta nie był łatwy, lista uczelni była naprawdę długa, a jako że studiuję stosunki międzynarodowe, to było w czym wybierać. O ostatecznej decyzji przesądziło to, że Bari leży na południu Włoch, gdzie angielski nie jest tak powszechny, a mi bardzo zależało na szkoleniu włoskiego. Poza tym, Wydział Ekonomii zdawał się oferować ciekawe kursy w ich ojczystym języku, no i oczywiście morze. Bari jest największym miastem w regionie Puglia, leży nad Morzem Adriatyckim i jest świetną bazą wypadową do zwiedzania innych urokliwych miejsc na południu Włoch.

Bari,
Źródło: http://www.grandhotel-leondoro.it/il-lungomare/

Przygotowania do wyjazdu trwały kilka miesięcy, trzeba było załatwić wszystkie formalności na uczelni, wykupić ubezpieczenie i wypełnić dokumenty, czyli takie standardowe, „przederasmusowe” procedury. Jako że moja uczelnia oferowała akademiki z dala od centrum, postanowiłam znaleźć sobie pokój w mieszkaniu. Udało mi się to zrobić jeszcze przed wyjazdem, ale sporo osób szukało też na miejscu mieszkając kilka dni np. w hostelu. Do Włoch poleciałam dokładnie 14 lutego. Skorzystałam z możliwości „pick–up”, jaką oferowała organizacja ESN i z lotniska zostałam odebrana przez jednego z jej członków i zawieziona prosto do mojego nowego mieszkania.

Początek Erasmusa upłynął mi na poznawaniu nowych ludzi (był zorganizowany Welcome Week i każdego dnia była jakaś impreza, wycieczka, spotkanie) i wdrożeniu się w uczelniane życie. Jak się okazało, nie wszystkie kursy jakie wybrałam w Learning Agreement były rzeczywiście prowadzone w tym semestrze. Musiałam wybrać coś innego i wprowadzić kilka poprawek. Co wybrać żeby było możliwe do zdania (wszystko po włosku!) i zarazem pasowało do mojego kierunku i semestru studiów? Chodziłam na różne zajęcia i patrzyłam jak to mniej więcej wygląda, pytałam studentów, udałam się nawet do studenckiego stowarzyszenia działającego na uczelni „Studenti Indipendenti”, żeby uzyskać jakieś informacje. W końcu LA został zmieniony i zatwierdzony, a ja miałam w końcu finalny plan zajęć. Miałam 4 kursy z różnych kierunków studiów, ale we Włoszech każdy wykład trwał po 3 lub co najmniej 2,5 godziny. Biorąc pod uwagę, że zajęcia odbywały się 2 razy w tygodniu, powstaje z tego całkiem spora ilość wykładów. Rozmawiałam ze wszystkimi wykładowcami i z dwojgiem z nich udało mi się dogadać, że będę chodzić na zajęcia, ale finalnie egzamin zdam po angielsku, pozostałe 2 przedmioty miałam zdawać po włosku. Jeśli chodzi o zajęcia, nigdy nie zapomnę pierwszego wykładu – pomyliłam drogę na uczelnię i spóźniłam się 20 min., ale jak się okazało – nic się nie stało, bo wykładowca spóźnił się pół godziny. Przekonałam się, że spóźnianie było powszechne wśród większości wykładowców i generalnie akceptowane. Rekordowe spóźnienie z jakim się spotkałam wynosiło półtorej godziny – u nas każdy student dawno zrezygnowałby z zajęć, tam wszyscy grzecznie czekali, pili kawę i rozmawiali. Na początku było to dla mnie ciekawostką kulturową, potem zaczęło irytować, bo jak można marnować czas w tak bezsensowny sposób? No i czy profesor nie powinien dawać nam dobrego przykładu i szanować naszego czasu? No cóż, co kraj to obyczaj.

Sama uczelnia pozostawiała trochę do życzenia zarówno pod względem estetycznym, jak i organizacyjnym. Funkcjonował tam system ESSE3 – była to platforma na której zapisywało się na egzaminy, a później po ich zdaniu trzeba było zaakceptować ocenę. Kto tego nie zrobił, temu ocena przepadała. Przez takie zapomnienie moja koleżanka przekładała termin lotu, bo oceny, która przepadła nie dało się przywrócić i trzeba było zdawać egzamin jeszcze raz. Tak, we Włoszech z pozoru niewielkie problemy urastały do rangi rzeczy nie do przeskoczenia dlatego warto mieć to na uwadze i trzymać rękę na pulsie. 😉 Same zajęcia były ciekawe, pod względem formy dość podobne do naszych. Przed wyjazdem umiałam włoski, ale takie skupienie się na długich zajęciach i zrozumienie treści było sporym wyzwaniem. Włoscy studenci wydali mi się dość pilni – każdy ładnie notował, a na większości wykładów frekwencja była bardzo duża, czasami brakowało miejsca w sali. Co więcej, wielu z nich było pomocnych i otwartych, byli ciekawi nowej osoby zwłaszcza, że byłam jedyną erasmuską chodzącą na zajęcia. Obok uczelni funkcjonowała stołówka, na której po wyrobieniu specjalnej karty można było kupić dwudaniowy obiad za 3 euro – oczywiście codziennie był makaron i bardzo często… ośmiornica. 🙂

Kampus uczelni z bujną roślinnością 🙂
Źródło: własne

Bari jest bardzo przyjemnym miejscem do studiowania, jest tam wszystko czego potrzeba – sporo sklepów (polecam EuroSpin i Penny), niewielki rynek z małymi pubami i kawiarniami, kilka sieciowych sklepów odzieżowych, plaża i lungomare (nadmorska promenada), na którym bardzo przyjemnie się biega. Erasmusi zwykle spotykali się w centrum miasta na Piazza Mercantile – jest to plac z fontanną w otoczeniu pubów; w lecie spotkania często odbywały się też na plaży Pane e Pomodoro. Tego, czego w Bari brakuje to kluby, ale organizacje studenckie (ESN i White&Red) aranżują specjalne autobusy i wejściówki do klubów poza miastem lub na jego obrzeżach. Mi osobiście brakowało też takich typowych galerii handlowych. Sklepów odzieżowych nie było dużo. Miasto jest według mnie dość ciasne, a komunikacja miejska pozostawia wiele od życzenia. Zamiast jeździć na uczelnię autobusem (Wydział Ekonomii znajduje się z dala od centrum), zdecydowałam się na zakup roweru. Kupiłam używany poprzez stronę z lokalnymi ogłoszeniami. Był to najlepszy środek transportu, ale radzę bardzo uważać na drogach – Włosi są porywczy i nie zawsze uważają na inne samochody, a co dopiero na rowerzystów. Czasami jadąc na uczelnię wprost nie mogłam się nadziwić, że można tak często używać klaksonów – głos trąbienia był nieprzerwany!

Nie samą uczelnią żyje człowiek, jak wiadomo Erasmus to przede wszystkim ludzie i podróże. Nie sposób było poznać wszystkich studentów Erasmusa w Bari, bo było ich około 200. Dominującą grupą byli Hiszpanie, którzy w większości trzymali się w swoich grupach. Zaraz po nich plasowali się Polacy, ale sporo było też Niemców, Francuzów i innych narodowości, tworzących ogromny miks kulturowy. Najlepszym sposobem na poznaniu ludzi było branie udziału w różnych wydarzeniach i imprezach. Cyklicznie, co środę odbywały się spotkania w niewielkim pubie; było karaoke, różne gry, a potem dyskoteka. Bardzo miło wspominam wydarzenia typu Hell’s Kitchen, gdzie uczyliśmy się gotować tradycyjne włoskie potrawy. Fajną inicjatywą był też Euro Dinner, na który każdy gotował jakąś potrawę ze swojego państwa. Podczas Erasmusa 2 razy wzięłam udział w 10–kilometrowych biegach, które były dla mnie czymś zupełnie nowym i ekscytującym. Dużo było sportowych inicjatyw, więc każdy mógł znaleźć coś dla siebie. W maju były obchody Festa di San Nicola, czyli po prostu święto patrona Bari – świętego Mikołaja. Obchody trwały około tygodnia i na ten czas miasto przyozdobiły piękne instalacje świetlne, były pokazy akrobacji lotniczych, fajerwerki, stragany i masa innych atrakcji.

Run for Parkinson’s Bari,
Źródło: własne

Co jakiś czas odbywały się wycieczki: zwiedziliśmy pobliskie miasteczka, byliśmy na Sycylii, odwiedziliśmy rejon pięknych plaż o nazwie Salento. Wybór atrakcji był ogromny i nie sposób było wziąć udział we wszystkich. Oprócz wycieczek organizowanych przez ESN i White&Red (były to dwie sprawnie działające organizacje studenckie), sporo podróżowałam też na własną rękę. Odwiedziłam Materę, gdzie była kręcona „Pasja”, zwiedziłam Alberobello wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO z charakterystycznymi budynkami, trochę jak domki Smerfów, przecudowne Polignano a Mare z jaskiniami, do których można wpłynąć, śliczne plaże na południu Włoch, gdzie spałam pod gołym niebem i wiele, wiele innych. Z Bari jest sporo tanich lotów na Maltę, więc razem z koleżankami z Niemiec i Kazachstanu postanowiłyśmy sobie urządzić kilkudniową wycieczkę. Chyba nie muszę mówić, że było warto!

Alberobello w pochmurny dzień,
Źródło: własne

Wiele osób zastanawia się, czy grant wystarczy na pokrycie kosztów życia. Być może wystarczy, jeśli żyje się mega oszczędnie i zaciska pasa, ale jeśli chcemy podróżować i brać udział w różnych wydarzeniach, to nie ma takiej opcji. Koszty życia we Włoszech są ogólnie wysokie; ja za swój jednoosobowy pokój płaciłam około 270–280 euro miesięcznie. Zdecydowana większość żywności jest droższa niż w Polsce (poza makaronem, którego jest milion rodzajów), wejścia na imprezy też są często płatne, no i do tego dochodzą koszty wycieczek. Życie na południu Włoch i tak jest zdecydowanie tańsze niż na północy, dlatego warto mieć to na uwadze.

Polignano a Mare,
Źródło: https://www.ilgiornaledeimarinai.it/polignano-a-mare-un-tuffo-nel-blu-puglia-viaggi-adriatico/

Podjęcie decyzji o wyjeździe na Erasmusa może nie być łatwe dla wielu osób, w końcu to wszystko jest trochę przerażające: nowy język, nowy kraj, samotny wyjazd, egzaminy, formalności… Szczerze, to ja też się bałam. Ale najważniejsze to nie pozwolić, aby ten strach nas sparaliżował i po prostu iść naprzód i robić swoje. Jedną z najlepszych rzeczy w Erasmusie jest to, że wszystko jest nowe. Na początku każdy dzień niesie ze sobą coś nieznanego, kolejne małe i duże wyzwania; jak dojść na uczelnię, jakie przedmioty wybrać, kogo nowego się dziś spotka, co się wydarzy… Wszystko jest takie ekscytujące i wymaga ciągłego wychodzenia ze swojej strefy komfortu. Człowiek uczy się, jak radzić sobie w różnych sytuacjach i dzięki temu zyskuje większą wiarę we własne możliwości. To jest coś, czego nikt nam nie zabierze, ale żeby to zdobyć, sami musimy na to zapracować. Później wszystko już nieco powszednieje i staje się taką codziennością, ale nie dajcie się zwieść, to nie będzie trwało wiecznie. Dlatego warto korzystać z tego do maksimum i chwytać każdy dzień, każdą okazję do spróbowania czegoś nowego, wycisnąć ten czas jak tylko się da. Nigdy nie zapomnę tych miłych chwil, wspólnie świętowanych urodzin, wyjść na pizzę, wspólnych posiłków, spotkań przy winie, świętowania Wielkanocy. To te z pozoru drobne rzeczy składają się na Erasmusa, podczas którego życie jest takie miłe i mimo wszystko beztroskie, to taki przystanek przed całkowitą dorosłością. Skorzystajcie z tej możliwości, a jestem pewna, że nie pożałujecie i zapamiętacie ten czas do końca życia!

Erasmusowa Wielkanoc we Włoszech,
Źródło: własne

 

Karolina Skaskiewicz

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked

Twój email nie zostanie opublikowany na stronie.